Podczas ujmowania twarzy w własne dłonie, ich chłód rozlał się po mojej twarzy. Gorzkie łzy spływały mozolnie po czerwonych policzkach, a potem rozbijały się cicho o ziemię. Ze stresu nerwowo obgryzałam paznokcie, nieprzemiennie wyrywając zaniedbane włosy, które odstawały od mojej głowy, jak czółki owada. Cała lekko dżgałam, tęskniąc za dotykiem ludzkich rąk. Zauważyłam, że kiedy dotknę innej osoby, czuję prąd przepływający przez koniuszki palców, a dopiero potem ciepło, lub chłód jego ciała… Jednakże zawsze końcowa reakcja jest taka sama: wstręt i obrzydzenie. Czemu? Dlaczego jak ja, wyczuwam tkliwy dotyk ludzkich palców, reaguję uprzejmym uśmiechem, bądź zaciekawionym spojrzeniem? Dlaczego moje starania, które towarzyszyły przy poznawaniu nowej osoby, nieustannie kończyły się przerażonym spojrzeniem skierowanym na moją postać? Dlaczego widzieli we mnie kogoś innego, niż jestem? I dlaczego… Dlaczego to aż tak bolało?
Wokół mnie panował chłód, lecz różnił się od ziąbu w wietrzonych pokojach, bądź panującego na dworze w zimowe wieczory. Jak gdyby, wydobywał się z mojego serca, które nigdy nie zaznało ciepła cudzej miłości. To zimno przeszywało mnie, niczym zimna stal wbijana w delikatne ciało. Burza gryzących się uczuć, odizolowywała mnie od innych, nie dając mi szansy na lepsze życie. Czasami zastanawiam się, czy słowa „zaniedbane miejsca powoli odchodzą w niepamięć, a same ulegają zniszczeniu” obejmują również ludzkie uczucia?
W moich uszach wtórnie rozbrzmiewały własne prośby o pomoc, jednakże ani razu nie usłyszałam odpowiedzi. Co by to dało, gdyby ktoś mnie słyszał? Mogłabym sobie wyobrazić szepty na mój żałosny widok – „Patrzcie! Oszalała…”, „Wiejmy bo jeszcze coś nam zrobi”, „Boże, do psychiatryka z nią”. Jednak ja, w szarym kącie własnego pokoju, łkałam cicho i modliłam się, by koszmar na jawie się zakończył. . Kiedy słyszałam jakikolwiek hałas, wbijałam swoje paznokcie w skórę, jak gdyby to miało powstrzymać dalszy przebieg wydarzeń. Łapczywie napełniałam płuca powietrzem, ale starałam się wyciszyć oddech i zlać się z otoczeniem. Chciałam zniknąć. Wiedziałam, że moje starania pójdą na marne. Wiedziałam, że historia będzie się powtarzać. Wiedziałam, że nigdy nie zaznam spokoju. Lecz żyłam małym promykiem nadziei, bez którego nabawiłabym się skłonności samobójczych. Czy niewielki, tańczący płomyk, zdoła rozpalić wielkie ognisko?
Wbijałam pusto wzrok w szarawą ścianę, z której płatami schodziła starawa farba. Cicho zgrzytałam zębami, bacznie nasłuchując, nawet najcichszych dźwięków. Na każdy z nich reagowałam lekkim wzdrygnięciem. Nie zwracałam uwagi na strużkę łez, wędrującą po moim poczerwieniałym policzku. Skupiałam się na wyciszeniu i uspokojeniu, mając nadzieję, że to pomoże mi w przechytrzeniu strachu, lecz ten mnie nie opuszczał. Uczepił się mojego umysłu, niczym rzep bez możliwości puszczenia tego czego się chwycił. Chwyciłam się głowy, chociaż wiedziałam, że to nie wpłynie na moje przerażenie. Po prostu starałam się wyobrazić, iż wszystko jest dobrze.
Jednakże usłyszałam ciche kroki, zbliżające się do mojego położenia.
Wówczas moje przerażenie sięgnęło zenitu. Moje ciało poczęło mimowolnie dygotać, twarz zalała się nową, większą dawką łez, paznokcie boleśnie wbijać w skórę, a z moich ust wydobywało się powtórnie ciche „nie… nie… tylko nie to”. Słyszałam własne bicie serca, które niemalże podskoczyło mi do gardła. Stres, strach, smutek, osamotnienie – te uczucia towarzyszyły mi w tejże chwili. Z całych sił dociskałam do siebie powieki, jakby to miało odpędzić wszystkie problemy, albo wysłać mnie w niebyt, w którym nic by mnie nie krzywdziło. Ale los zlekceważył moje starania i w moich uszach rozbrzmiał ckliwy, aczkolwiek rozbawiony, dziewczęcy głos:
- Kocham cię.
Na dźwięk tych słów żałośnie i cicho zawyłam, ale nie raczyłam spojrzeć na osobę, która je wypowiada. Jedynie włożyłam głowę pomiędzy kolana oraz położyłam dłonie nieco powyżej tylnej części szyi. Nie chciałam jej widzieć. Nie chciałam znać. Nie chciałam, by istniała.
- O-odejdź… - Odrzekłam dławiąc się własnymi łzami.
Ale zamiast jakiejkolwiek odpowiedzi, otrzymałam silne szarpnięcie za ramię, które zmuszało mnie do zwrócenia wzroku w stronę podłoża mojego strachu. Spoglądałam na dwunastoletnią dziewczynę, która wesoło wbijała we mnie swoje brudnobiałe tęczówki. Cerę miała bladą, a oczy podkrążone, jakby nigdy nie zaznała snu. Poniżej nich znajdował się lekko zadarty nos i sine usta, wyginające się w niewinny uśmiech. Jej złociste włosy opadały na białą, szpitalną koszulę, albo raczej na taką, która powinna być biała. Z tajemniczego powodu na jej tkaninie widniały krwistoczerwone plamy, zajmujące większą powierzchnię całego odzienia. Bałam się myśleć, skąd się tam wzięły. Na ten widok zawsze odpowiadałam zamknięciem oczu i przeczącym obracaniem głowy, a teraz nie było inaczej.
- Czemu się smucisz? – Spytała przygnębionym tonem, przyglądając się smętnym wzrokiem mojej twarzy, po czym jej kąciki ust powędrowały błyskawicznie w dół.
- Odejdź! – Wrzasnęłam na cały głos, mając nadzieję, że ktoś, gdzieś tam go usłyszy.
- Nie martw się – powiedziała ignorując me słowa, tudzież jej smutny grymas przeistoczył się z powrotem na radosny uśmiech.
- Odejdź – powtórzyłam po raz kolejny, ściszając swój głos do szeptu. Moje dłonie przyległy do uszu, chcąc je uchronić przed jej dziewczęcym głosem.
- Sprawię, że twój smutek cię opuści!
Wtenczas, kiedy po raz kolejny nie zwróciła uwagi na moją błagalną wypowiedź, odwróciła się na kilka chwil, w niewiadomym dla mnie celu.
- Odejdź… Odejdź… Odejdź… - powtarzałam w kółko swoje prośby, posiadając pustą nadzieję, iż tym razem coś nimi wskóram.
Moja nadzieja zgasła, kiedy nie usłyszałam oddalających się kroków, a zamiast nich w oczy rzucił mi się błysk stali, w okolicach jej dłoni. Tuż po tym dostrzeżeniu poczułam jej zimną dłoń na policzku, której palce powolnie po nim wodziły.
- Sprawię, że zawsze będziesz się uśmiechała – powiedziała ckliwie wodząc wzrokiem po moich ustach.
Zanim zdążyłam cokolwiek z tego zdania zrozumieć, na wardze poczułam chłód. W końcu zrozumiałam co wyciągnęła zza swoich pleców. W moich ustach spoczywał mały, zaostrzony scyzoryk. Dziewczyna sprawny ruchem ręki, pociągnęła go w górę, a po tym usłyszałam swój własny krzyk.
- Na twojej twarzy zawsze będzie widniał uśmiech! – W moich uszach rozbrzmiał jej rozbawiony ton głosu, a w jej oczach pojawił się błysk zafascynowania.
Później moje łzy wymieszały się z krwistoczerwoną cieczą, niemniej jednak starałam się znieść bolesne katusze, których smak znałam już od dawna. Lecz do mojego umysłu cisnęło się jedno pytanie:
„Czy każdego aż tak boli miłość cudzej osoby?”

Nie wiem, czy to można nazwać miłością O_O Kojarzy mi się z ukochanym sadystą :D Ale to nie przypomina mi oblicza miłości, z którą to słowo mi się kojarzy. Jedno czego jestem pewna, to tego, że moja własna miłość mnie boli i nie potrzebuję cudzej, by cierpieć....
OdpowiedzUsuń